Po „wspaniałej” sobocie w wykonaniu moich ukochanych drużyn (wyniki
były takie, że tylko się powiesić), byłem w nastroju co najmniej nieprzysiadalnym.
W 99 na 100 przypadków nic już nie uratuje dobrego humoru w taki weekend. Tym
bardziej, że sobota była z takich, kiedy już o 21 pada się ze zmęczenia. Być
może dlatego jakaś siła kazała mi wybrać się na koncert Bye Bye Bicycle. To
taka młoda szwedzka rockandrollowa grupa. Ich muzyka to taki powiedzmy… indi dyskotekowy
rock.
Na podobnie małych koncertach ostatnio bywałem głównie na
Pradze. Komety często grywają w takich undergroundowych(nomen omen) klubach,
gdzie atmosfera oderwania od świata i bliskość artysty jest nie do powtórzenia.
Niestety zacząłem ostatnio narzekać, że mam dość takich imprez, ze
względu na kiepską akustykę. Dlatego na samą wieść, że koncert BBB odbędzie się
w Cafe Kulturalna, o której nie słyszałem wcześniej (Bo ja zawsze o wszystkim dowiaduję się ostatni), nie byłem zachwycony. Jak zwykle w takiej sytuacji trzeba zarezerwować
dodatkowe 30 minut na wytropienie miejsca.
Tym razem jednak wskazówkiz mapsów pokazały samo centrum miasta. Takie centrum, że bardziej się już
nie da. Paradoksalnie jednak znaleźć kawiarnię w Pałacu
Kultury jest nie mniej trudno, niż w „trójkącie bermudzkim” na Pradze. Musiałem
zrobić dwie rundy wokół, żeby w końcu i tak zapytać się parkingowego. „To w Teatrze
Dramatycznym” – udzielił precyzyjnej wskazówki.
Cafe Kulturalna to bardzo klimatyczne miejsce. Jak się
spojrzy z góry na Pałac Kultury, to tam jest budynek główny i cztery otaczające
budynki. I kawiarnia mieści się w takim korytarzu, który łączy główny z
bocznym. Klimat z jednej strony undergroundowy, ale z drugiej wiszą takie (powiedziałbym prezydenckie) żyrandole, które wisiały na salonach za PRLu. Bardzo fajne
miejsce na spotkania. Polecam. Cafe Kulturalna w dzień Klik. Cafe Kulturalna w nocy Klik.
I sam koncert był bardzo fajny. Pełna sala, ze 300 osób. Nie
wiem, skąd ci wszyscy ludzie wiedzieli o tym koncercie. Ale po prostu, czasami
tak jest, że jak się chce, to się wie. Wokalista pytał się, kto zna ich muzykę.
Rękę do góry podniosła jedna trzecia sali.
- Słabo, nie odróżnicie naszych hitów od nowych piosenek –
powiedział.
BBB grają taką muzykę, że nie trzeba być osłuchanym, by się dobrze
bawić. Tym bardziej, że jak już pisałem przy okazji The National, ludzie są
specyficzni, wszyscy do siebie pasują i dobrze się razem czują. Fragment naszego koncertu:
Przed koncertem kupiłem CD ze stoiska. Sprzedawał chłopak,
co jest na wokalu. Cena 40zł, więc daję mu banknot 50zł. Mówi, że jestem
pierwszym, który kupuje i on nie ma jak wydać reszty. I żebym zaczekał, to on pójdzie
i rozmieni. No to ja mówię, żeby lepiej został i pilnował stoiska, a ja po te
10zł zgłoszę się później. A on tymczasem chyba coś źle zrozumiał, bo zaczął mi
dziękować z całego serca. Pomyślał, że ja mu tą resztę darowałem, czy co.
No i głupio mi było sprawę odkręcać. W sumie niezły handlowy trick, co? Całe szczęście,
że płyta dobra, więc warta i 50.
A kolega na scenie bardzo fajny, bardzo charyzmatyczny. Taki
trochę jakby miał ADHD. Gada cały czas i … najlepsze jest to, że on tańczy i
się rusza na scenie jak… bo ja wiem… jak Jerzy Połomski w Opolu w latach swojej
świetności. No sami zobaczcie: klik.
Niech już będzie. Wobec zarzutów, że specjalnie unikam pisania o córce, dziś będzie o Zosi. W dużym skrócie: Zośka ma 10 miesięcy i dwa tygodnie, już chodzi (od 2 tygodni), tańczy, śpiewa (w swoim języku), wspina się i pcha ręce gdzie tylko się da. Gdzie się nie pojawi, od razu robi rozpierduchę.
Jednym z moich ulubionych zajęć jest robienie dziecku zdjęć. Jeszcze do niedawna lubiła to też Zosia. Ale dziś przekonałem się, że czas spokojnych sesji skończył się bezpowrotnie. No po prostu nie można jej zmusić, żeby choć przez kilka sekund ustała w jednej pozycji, nie mówiąc już o tym, by popatrzyła w obiektyw. Chodzi po pokoju, interesuje się wszystkim, tylko nie aparatem, złośliwie odwraca się tyłem. Miny zmienia jedna za drugą, to się rozpłacze, nie minie minuta i już się śmieje.
Tymczasem na przesłonie 1.4 trzeba mieć choć chwilę w bezruchu, by złapać ostrość. Jedyna metoda, to dać coś małej, co ją zajmie na kilkanaście sekund i zawołać. Kiedy wszystkie godne zainteresowania Zośki przedmioty już się skończyły, dałem jej zapasowy obiektyw i sam w skupieniu ustawiłem się z aparatem. Zośka najpierw uważnie przyjrzała się przedmiotowi, wstała, podniosła obiektyw do góry i… łup!!!!, rąbnęła nim ile sił o podłogę! Sprawdziłem sprzęt, na szczęście działa. Ale ostatnio właśnie w taki sposób przestał działać. I taka to z Zośką robota.
Byłem na koncercie Komet. Ale nie będę przynudzał na ten temat.
Byłem też na derbach Warszawy. W sektorze gości. Jeszcze dwa, trzy lata temu nawet bym o tym nie myślał, ale dziś standardy bezpieczeństwa na stadionach są już takie, że można uderzać nawet do paszczy lwa. I nie tylko ja tak uważam, bo w tym roku było nas 1400 osób. Jak na Polonię i mecz wyjazdowy to jest bardzo dużo.
Pod względem bezpieczeństwa derby były świetnie zorganizowane. Zbiórka pod naszym stadionem, wsiadamy w autokary, policja eskortuje losowymi ulicami (Aby nikt nie zajechał drogi. Z Polonii na Legię jechaliśmy przez Most Siekierkowski!), wejście na trybunę gości zupełnie od tyłu. Efekt był taki, że zanim wszedłem na stadion, w zasięgu wzroku nie widziałem żadnego Legionisty. A na stadionie to już jest monitoring, inne przeszkody. Jest bezpiecznie. Było wiele dziewczyn, chłopak o kulach, widziałem koleżkowca z 3, 4 letnim synkiem! Naprawdę, to już nie to co kiedyś. Mecz wyjazdowy to już nie jest ekstremalny sport, a normalna wycieczka. Oczywiście występuje tu paradoks, bo im bardziej mecz jest meczem podwyższonego ryzyka, tym jest bezpieczniej. Bo wtedy policja się bardziej stara, stosuje przesadne środki ostrożności, itp. Podejrzewam, że na wyjeździe tak zwanym neutralnym można prędzej można oberwać, bo tam nikt się niczego nie spodziewa, organizacja jest bardziej przypadkowa, policja nie jest tak czujna.
Tymczasem grupę eskortowała i oddzielała od świata ekipa prewencji: chłopy (niektórzy na koniach) szerokie w barach, po dwa metry wzrostu, uzbrojeni w pałki, tarcze, pistolety na gaz. No po prostu nawet nie myślisz, żeby się z nimi zetrzeć. To już nie to co kiedyś, kiedy do boju wysyłali niezaradnych, przerażonych i biegających chaotycnie policjantów z pałkami. Teraz ta prewencja oprócz warunków fizycznych, świetnej komunikacji i organizacji, jest też całkiem nieźle przeszkolona w takich akcjach kibicowskich. Przecież to są proste chłopaki, a mimo to są twardzi, nie reagują na zaczepki, nie dają się sprowokować.
Wiem, znam doskonale te wszystkie historie z zadymami, z nożownikami, maczetami, z Człowiekiem, itp. Szczególnie w Krakowie. Ale teraz, gdyby tak odrzeć ten cały antagonizm klubowy z hooliganki, zadym, kamieni i zostawić samą napinkę i agresję słowną, to byłoby całkiem nieźle.
Kibice dwóch klubów z jednego miasta dzielą się na trzygrupy:
a) a)Na hooligankę, czyli na tych, co jak spotkają, to pobiją (o ile są w silniejszej grupie).
b) b)Na takich, co nienawidzą lub po prostu nie lubią. Zaśpiewają, że Legia/Polonia to k… , ale nic poza tym. Nie potrzebują specjalnych wrażeń i cenią sobie oryginalne uzębienie.
c) c)No i na takich jak ja. Których klub przeciwny ani ziębi, ani grzeje. W sumie to nawet wolałbym, żeby Legia była mistrzem niż np. Wisła czy Lech. W końcu Warszawa i mam kilku znajomych.
Debry takie jak ostatnio są dla grupy b). I wiecie co… to było nawet całkiem dobre. Przekrzykiwaliśmy się wyzwiskami, przyśpiewkami, fuckami, ale wszystko tak w bezpiecznej odległości lub przez siatkę. Ale tylko przyśpiewki, nic więcej. Podczas meczu wchodzą w grę jeszcze oprawy, transparenty, flagi.
Hm… nie jestem pewny, czy ktoś, kto nie chodzi na mecze jest w stanie wyłapać tą subtelną inteligencję w docinkach. Tą błyskotliwą złośliwość. To wygląda trochę jak… jak wojny raperów na teksty. Kto kogo bardziej obrazi lub celniej komu dokopie.
Dla przykładu. Poza wszystkimi k...ami. Modna jest teraz przyśpiewka: „Waszym wodzem Walter jest o tym cała Polska wie. Śpiewa z nami cały kraj, Legia kocha ITI”. A oni śpiewają, że my jesteśmy z Grodziska.
Śmiesznie, bo po meczu zanim nas wypuścili, jeszcze prze zjakąś godzinę przetrzymali na trybunie. No i jak się w tym czekaniu przykrzyło, to dopiero włączała się kreatywność i głupawka. Wziął koleś megafon i zapodaje: „Ogórek, ogórek, ogórek zielony ma garniturek. I czapkę i sandały, A Legia to p…”. No to jak już się piosenki z dzieciństwa przypomniały, to za chwilę poszło: „Zielone włosy, zielone butki, kibice Legii to prostytutki”. I tak w nieskończoność. W śmiechu czas szybko leci. Taki stan wyzwala kreatywność. A jak sobie można pokrzyczeć, to i się człowiek odstresuje.
Choć mistrzostwem świata był dla mnie kiedyś oprawa kibiców Kszo Ostrowiec Świętokrzyski. Nie lubią się z Koroną Kielce. Wywiesili flagę: „Cyrk Korona –> 50km ”.
Taka jest taka moja utopijna wizja, jakby to mogło wyglądać zawsze. A nie tylko na derbach. Ale tak nie jest. Gdyby nie było tej prewencji i płotów, to byśmy nie wyszli stamtąd na własnych nogach, a po drugie, zazwyczaj granica między agresją, o jakiej piszę wyżej, a taką już fizyczną jest bardzo cienka. Jeden (debil) na kilkaset osób coś zrobi, ulegnie prowokacji i … sprawy wymkają się spod kontroli.
Choć akurat kibice Polonii są bardzo OK. Na Polonię niechodzą dresiarze. Tu najmniej spodziewałbym się takich wyskoków. Chyba dlategowłaśnie chodzę na K6.
Ja bym jeździł na wyjazdy... gdybym miał czas. To cały dzień w plecy. Bo nawet tutaj... niby wszystko w jednym mieście, mecz od 17 do 19, a zbiórka wyjazdowców już o 12. Zanim wszyscy się zbiorą, rozdadzą gadżety, przejadą, tam wszystkich przeszukają, to pięć godzin zleci bez. Taka impreza to cały dzień w plecy. Od 11 do 23.
Koncerty na które czeka się długo mają pewną zaletę. Bilety kupuje się dużo wcześniej, o wydanych pieniądzach się zapomina. Tymczasem kilka miesięcy później, w dniu koncertu wejściówki wyciąga się z szuflady tak, jakby były za darmo. No… chyba, że się ich nie znajdzie… tak jak kiedyś, gdy czekałem z radością na Radiohead, by ostatniego dnia przekonać się, że nie wiem gdzie są.
Na czwartkowy koncert The National biletów nie zgubiłem. Koncert był fantastyczny, muszę to opisać.
Historia bardzo podobna do tej z Editorsami. Nie znałem żadnych fanów zespołu. Tym bardziej takich, którzy wybieraliby się do Stodoły. Znaczy po fakcie to nawet okazało się, że tacy istnieją. I są to nawet bliscy znajomi. Paweł S. napisał, że się wybierał, miał nawet bilety, ale nie bardzo miał z kim pójść. Od kogoś innego dostałem e-mail:
„ Miałem trudności ze znalezieniem osoby, która poszłaby na ten koncert. Nie mogłem znaleźć takiej osoby, która chociażby słyszała o tym zespole, a przecież ich ostatnia płyta to jedna z najlepszych płyt 2010 roku ...”
100% prawdy. Płyta High Violet jest nie do przebicia. To brzmienie, ta perkusja, świetne kompozycje, klimatyczny wokal i ten dołujący klimat. Do tego wszystko bardzo spójne. Szkoda tylko, że taką płytę nagrywa się raz w życiu:(
Prawda jest taka, że w Polsce dobre rzeczy nie przebijają się przez media. Mafia fonograficzna, „złote przeboje” lub kicz i tandeta. The National słyszałem tylko w Roxy FM. Jestem pewny, że wiele osób byłoby zachwyconych tą płytą, gdyby tylko mogłoby ją usłyszeć.
Na szczęście kto chce, to przyjemność, o której opowiadam go nie ominie i o istnieniu tej płyty mimo medialnej blokady się dowie. Nie wiem ile osób pomieści się w Stodole (tysiąc, więcej?), ale był komplet.
I to jest niesamowite. Że na co dzień człowiek czuje się taki osamotniony ze swoją fascynacją muzyczną, a tu nagle tyle osób w jednym miejscu. I wszyscy tak jakoś wyglądają, że nie trzeba nawet ich znać i z nimi rozmawiać, żeby się czuć jak wśród swoich.
Dobry koncert charakteryzuje się tym, że w trakcie zapomina się o całym świecie i żadna inna myśl niż tu i teraz nie przechodzi przez głowę. A poza tym siedzi w głowie jeszcze kilka dni. Właśnie kończy się poniedziałek, a ja jak zamknę oczy, to jakbym jeszcze tam był.
The National zagrali rewelacyjnie. Klimatycznie się wszystko zaczęło, bo cała scena i sala oświetlone były na fioletowo. I na fioletowym tle pojawiły się czarne postacie. Anyone's ghost zagrali już jako drugi numer, więc wszyscy byli wkręceni od samego początku.
Wszystkie takie zespoły bardzo profesjonalnie podchodzą do koncertów. Nie chodzi mi tylko o czystość muzyki, świetne nagłośnienie, solidną pracę dźwiękowca. Ale również o oprawę. Wszystko jest kreatywnie pomyślane i dopracowane w szczegółach. Mam żal do niektórych polskich wykonawców, że podchodzą zbyt niechlujnie do bycia na scenie. A to wcale nie chodzi o kasę, o ogromną ilość sprzętu, telebimów jak na Depeche Mode, czy Placebo. Wystarczy pomyślec i się postarać. Celowo użyłem wyrazu „oprawa”, żeby zaznaczyć, że to nic wielkiego. The National mieli tylko ekran z materiału, światła, rzutnik i wizualizacje. Efekt – nie można oderwać oczu od sceny.
Ale zespół to przede wszystkim lider. Charyzmatyczny lider to połowa sukcesu. Matt Berninger nie dość, że to totalnie klimatyczny człowiek, to w dodatku na scenie ciężko oderwać od niego wzrok.
Zauważyłem pewną prawidłowość. Istnieje różnica pomiędzy zespołami rockowymi z UK i z USA. Zespoły angielskie traktują występ jak teatr. Czyli szeroko rozumiejąc to słowo - grają na scenie. A publiczność jest tu od pisków i bicia brawa. Tymczasem wykonawcy ze Stanów są zdecydowanie bardziej interaktywni. Matt rozmawiał z publicznością, zaczął od narzekania na pogodę, odpowiadał na każdy okrzyk z publiki, podchodził, podawał ręce ludziom.
W pewnym momencie nawet zszedł na dół, wszedł w publikę, spacerował między ludźmi, prawie do szatni doszedł. Była chwila, gdzie śpiewał stojąc tuż obok mnie! Filmik:
To było coś niesamowitego, jeszcze kilka godzin wcześniej widziałem człowieka w teledyskach, występującego u Lettermana, a tu stanął obok, podał rękę i śpiewa.
Ale najbardziej powaliło na kolana zakończenie koncertu. Zespół zebrał się jak do pożegnania, wyciągnęli akustyczną gitarę, wyłączyli mikrofony i zupełnie bez prądu cała sala zaśpiewała z nimi Vanderlyle Crybaby Geeks. Jak przy ognisku! Na poprzednich filmikach nie słychać muzyki. Ale ten polecam do obejrzenia i posłuchania w całości. Przynajmniej odrobinę oddaje atmosferę:
I w ogóle, niesamowite jest to, że koncert skończył się przed północą, tymczasem już o 2 w nocy na YouTube znalezłem filmiki. Ludzie są niesamowici. Tak jak ja, nie mogli spać i przeżywali jeszcze. Sam bym wrzucał, ale mój telefon nie nadaje się do nagrywania w takich warunkach.
To pewien precedens na blogu, ponieważ po raz pierwszy pojawia się marketing. I to nie ukryty product placement, tylko żywa reklama. Dostałem zlecenie na wykonanie sesji fotograficznej czekolady. A dokładniej Manufaktury Czekolady. Pomimo, że robotę wykonuję po przyjacielsku, to z góry zostałem wynagrodzony stosowną ilością czekolady. Nie przepadam za takimi układami. Szczególnie wtedy, gdy nie jestem pewny, czy dam radę.
Nigdy wcześniej nie fotografowałem martwej natury. Żywa to przynajmniej współpracuje. To taka robota - na chybił trafił. Ale albo przyjdzie do głowy dobry pomysł na klimat i na kompozycję, albo nie przyjdzie. O technikę się nie martwiłem. Choć trzeba sobie jakoś poradzić z folijkami i sreberkami odbijającymi światło prosto w obiektyw.
Mówię Wam, nie tak łatwo jest fotografować czekoladę. Początkowo stawiałem na klimaty typu classic black, ale to, co wyszło nie za bardzo pasowało do koncepcji marketingowej odbiorcy. Dopiero dziś udoło się opracować to co widzicie i efekt końcowy został zaakceptowany.
Właścicielami czekolady i całego biznesu są Stypa i Kubuś. Znamy się już kawałek czasu, są to bliscy przyjaciele mojego brata. Automatycznie więc i Zbrojnego. Nie będę po raz kolejny opowiadał legendy, jak to chłopaki rzucili korporacje i zaszyli się pod Mińskiem. Wszystko jest do przeczytania na WWW.
Co do samej czekolady, to podobno różnica jest analogiczna, jak między sokiem z kartonu, a wyciskanym z pomarańczy. Piszę podobno, bo sam mam nędzne kubki samokowe. Nie odróżniam pepsi od coli, tym bardziej, słabo sobie radzę z czekoladą. Ale ludzie mówią, że dobra. W biurze są nawet tacy, którzy uważają, że to najlepsza czekolada w Polsce.
Tymczasem w moim pokoju unosi się teraz zapach, jak w aromatycznej kawiarni :)
Jak zwykle moja nieobecność na blogu powodowana była tym, że za dużo się w życiu działo. A jak dużo się dzieje, to nie ma kiedy pisać, tematy się kolejkują i potem zaległości już są tak duże, że stają się nieaktualne.
Pierwsza zaległość to Szwajcaria, kolejne to moja jak zwykle spóźniona fascynacja alpinizmem i północną ścianą Eigeru (Do tego na pewno jeszcze wrócę.), następna to… proszę się nie śmiać… malarstwo wczesnego Renesansu. Jak zwykle o pewnych projektach dowiaduję się ostatni – 5’nizza. No i w ogóle, Zośka rośnie, stoi już sama, prawie chodzi.
Służbowo jestem w bardzo dużym, trudnym i skomplikowanym projekcie. Rzekł bym nawet: hardcorowym. Jak zwykle czasu jest dwa razy za mało, żeby ze wszystkim zdążyć. Z niczego nie da się zrezygnować, podzielić na fazy też nie bardzo. Ale ja lubię takie projekty.
Tymczasem w trybie kronikarskim chciałem odnotować, że przeczytałem ostatnio Naszą Klasę Słobodzianka i książka wbiła mnie w ziemię. Jest niespotykanie dobra. To chyba najlepsza książka, jaką przeczytałem od lat. Nie chciałbym jej teraz opisywać, tym bardziej streszczać. Po prostu trzeba ją przeczytać. Wiem, że nikt nie ma na to czasu. Ale to dramat, więc całość zajmie jakieś 60 min. Koniecznie w spokoju, przed snem. Do metra i tramwaju się nie nadaje. Do czytania dzieciom tym bardziej ;)
Temat, treść jest dość ciężka (i znana), ale ubrana w bardzo fajną lekką formę. Bardzo przyjemnie i szybko się to czyta. Ważne wydarzenia są tłem, są napierwszym planie, ale ten dramat jest głównie o ludziach, o relacjach międzynimi, o tym, że jak coś się wydarza, to już w nas jest, czas nie leczy ran.
Nie da się napisać, dlaczego to jest tak dobre. Trzeba to przeżyć. Tą książkę się przeżywa. Kilka dni nie mogłem się otrząsnąć i wciąż o niej myślałem. Ci, co ją przeczytali wiedzą, o co mam na myśli.
Cieszy mnie też to, że Polak napisał taki dobry utwór, taki nie polski raczej.
Bardzo polecam! Dla mnie lektura obowiązkowa.
Słobodzianek przez długi czas żył i tworzył w Białymstoku. Był twórcą teatru Wierszalin. Nie wiem, czy przez Naszą Klasę, ale zgaduję, że tak władze go pogoniły. Żałuję, że nie byłem ani razu na żadnym przedstawieniu Wierszalina. Jest szansa nadrobić to w Wawie(gdzie teraz pracuje), choć to pewnie nie to samo.
Wracałem ostatnio z siatkówki z Darek. Darek, to taki starszy człowiek, mógłby być moim… nie no, aż tak stary to on nie jest. Gdybym miał 10 lat mniej, to wtedy owszem. Mieszkamy niedaleko, więc mówię, że go podwiozę. Wsiadamy do samochodu, nie przestajemy rozmawiać o meczu, gdy w aucie automatycznie włącza się radio. Tego dnia akurat był to TOK FM, co Darek od razu zauważył i mówi:
(Człowiek, którego znam jakieś trzy, może cztery lata. Był kiedyś piłkarzem, spotykam go na piłce, na siatkówce, taki podobny zapaleniec jak ja, więc czasem wracamy razem na Cynamonową i sobie rozmawiamy. Tylko i wyłącznie o sporcie. Nawet nie wiem jaki ma zawód, czym się zajmuje – chyba żona ma jakiś biznes i on jej pomaga. Ale generalnie taki pozytywny, kulturalny człowiek.)
- O! Widzę, że bolszewickiej stacji słuchasz.
Przez chwilę mnie zamurowało, ale nie pozostało mi nic, tylko drążyć temat. Pytam dlaczego. Co to była za odpowiedź! Teoria o układzie, jakiej Kaczyński by nie wymyślił. Wszystko tam było: Agora to Żydzi i komuniści, TVN to PO (to akurat nie tajemnica;), itd., ale wszystko tak sprawnie i w szczegółach przemyślane.
Różnica polega na tym, że Jarek mówił o układzie, ale jak ktoś zapytał go o szczegóły, to nabierał wody w usta. Tymczasem Darek wręcz przeciwnie. Całą Polskę rozłożył na czynniki pierwsze, ma odpowiedź na każde pytanie. To niesamowite, jak ludzie potrafią tłumaczyć sobie świat. Ja wiem, że demokracja to słaby system i sprawia, że społeczeństwem rządzą media. A to powoduje, że układy być muszą. Ale nie do tego stopnia. Nie wiem, nie znam Darka dobrze, więc nie zastanawiam się nawet, skąd u niego takie przekonania. Ale jego teorie warte są zaawansowanego studium.
Przykład: Ostatnia manifestacja narodowców i antyfaszystów. Darek uważa, że wszyscy antyfaszyści zostali wynajęci i opłaceni przez żydowskie media. I jest oburzony, że w ten sposób wolność jest w Polsce wybiórcza. Mówi i w sumie ma trochę racji, że jak jest manifestacja homoseksualistów, to miasto i policja tak organizuje trasy, by kontrmanifestacja przeszła inną trasą i pochody się nie przecięły. A podczas ostatnich manifestacji policja pozwoliła antyfaszystom stanąć na drodze narodowców.
I tu akurat się zgodzę. Skoro jest parada gejów, Radio Maryja może koczować pod krzyżem, to dlaczego zabraniać manifestować narodowcom. Przecież to jest manipulacja z tym faszyzmem. Nikt tam nie krzyczy heil Hitler. Ja rozumiem, że trzeba tępić pobicia, czynny rasizm, ale żeby nie pozwalać im manifestować? Jak wolność , to wolność.
Udało mi się ostatnio znaleźć na YT całą sztukę „Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku”. Masłowska jest genialna. Poezja potocznego języka i wulgaryzmów. Tego się tak przyjemnie słucha. Jej fenomen polega na tym, że będąc młoda, żyje językiem młodzieżowym, ale w tym wieku ma nadzwyczajnie wyrobiony warsztat, więc nie pisze infantylnie. Nikt inny tak nie potrafi. Pokazałem mamie, też jest zachwycona.
Po raz kolejny nie spieszyłem się z reakcją, ale wybory za pasem, więc nie wypada zostawić sprawy bez komentarza. Jakiś tydzień po moim wpisie dostałem od kolegi Michała Klimczaka ze sztabu HGW odpowiedź w postaci e-maila. Trzeba przyznać, że całkiem kulturalną i obszerną, a nawet podejrzewam, że tym razem nie jest to jakaś masowa wysyłka, ale indywidualna do mnie. Co oczywiście doceniam.
Abym nie został posądzony o wybiórczość, kto chciałby przeczytać, to proszę bardzo: klik.
Tymczasem jeśli miałbym się ustosunkować, to znów musiałbym trochę pojechać. Bo ta odpowiedź, to takie "ciągnięcie za uszy" tematu. Nie chcę komentować wszystkich aspektów, żeby się nie powtarzać. Moja poprzednia opinia dotyczyła kilku faktów:
1) Mało profesjonalne podejście do sprawy. Cała ta prezentacja, itp.
2) Fakty nieprzystające do opisu. Czyli z kilku (nawet z kilkuset) metrów kwadratowych sal gimnastycznych, czy Orlików nie wynika w żaden sposób to, że Warszawa chce gościć "największe sportowe imprezy na świecie". Naprawdę trzeba ważyć słowa. Nie każdy złapie się na takie puste hasła.
3) Brak wizji, a nawet zainteresowania dla profesjonalnego sportu w Wawie.
4) Puste i bezczelne obietnice, co do stadionu Polonii. Tłumaczenie HGW w wypowiedzi, którą Pan zamieścił, jeszcze bardziej ją pogrąża, a mnie zasmuca :(. Jest po prostu takim samym politykiem, który nie ma skrupułów obiecywać bezczelnie, a potem mieć to w dupie.
Ale OK, zostawmy już te sprawy. Pastwienie się nad tą nieszczęsna prezentacją nie ma sensu. To żadna sztuka wytknąć jej "niedoskonałości".
Może lepiej napiszę, czego ja bym oczekiwał.
Zdaję sobie sprawę, że granica pomiędzy rekreacją, a profesjonalnym sportem jest rozmyta. Ale dla mnie jednak jest zauważalna. Już tłumaczę o co chodzi.
Chodzi o różnicę pomiędzy klubem sportowym, a komercyjnym ośrodkiem. Zgadzam się, że w Warszawie są sale gimnastyczne, ścianki, baseny, boiska na sztucznej trawie. Problem polega jednak na tym, że wszystko nastawione jest na zysk. Czyli sale i baseny okupowane są przez pracującą klasę średnią, która chce poruszać się trochę po pracy. A młodzieży raczej tam nie widać. Wiem, bo bywam w takich miejscach.
Tymczasem klub sportowy byłby takim miejscem, gdzie przychodzą młodzi ludzie, żeby ktoś ich trenował, żeby mieć jakieś cele, żeby realizować swoje ambicje. Niestety takich klubów w Warszawie jest bardzo mało. Oczywiście nie zgłębiałem tego tematu głęboko i nie mam pod ręką statystyk. Ale po pierwsze znam kilka takich miejsc (np. piłkarska Polonia, Jagiellonka), gdzie wszystko sponsorują rodzice, po drugie nie znam zbyt wielu osób, które trenowałyby niekomercyjnie w jakimś klubie zorganizowanym na szerszą skalę. Po trzecie, to widać z drugiej strony - po wynikach. Tak, jak pisałem, Warszawa nie za bardzo ma się czym pochwalić jeśli chodzi o sukcesy, medale.
A ja nie ukrywam, że mi nie chodzi wyłącznie o rekreację. Jestem zapalonym kibicem. Tyle, że nie ma komu kibicować.
W Warszawie są/były kluby sportowe. Nawet wielosekcyjne. Legia, Polonia, Skra, Okęcie, Gwardia, Hutnik, Warszawianka. I pewnie wiele innych. Niestety poza sekcją piłkarską Legii oraz Polonii (która za dwa lata przestanie istnieć przez brak stadionu) to nie za bardzo jest się czym chwalić. Pamiętam oczywiście o Politechnice w siatkę, ale tam nie można mówić o profesjonalizmie. To klub stojący na zapałkach i wykorzystujący obecną popularność siatkówki. Kto zna jego struktury i był w jego siedzibie, wie o czym mówię. Zresztą w tamtym roku spadł z ligi, a w tym gra na licencji Radomia.
Poza tym nie ma w Warszawie areny sportowej z prawdziwego zdarzenia. Nawet 100% super profesjonalony tor kolarski zbudowano... w Pruszkowie.
W Warszawie sport, który istniał za komuny, obecnie został wyparty przez rekreację krawaciarzy. Niedługo będziemy ostatni w rankingach FIFA, klasyfikacji medalowej na olimpiadzie, ale za to nasza klasa średnia będzie super zrelaksowana i wysportowana. Najlepszym przykładem są tutaj warszawskie super boiska, takie jak na Warszawiance lub Hala Piłkarska na Bemowie. Warunki do gry perfekcyjne. Kto na nich gra? Oczywiście boiska te zajęte są przez ligi biznesowe.
O basenie olimpijskim już pisałem, nie będę się powtarzał.
Istnieją oczywiście oddolne inicjatywy.
Pierwszym przykładem są amatorskie ligi piłkarskie, takie jak halowaliga.pl, w której gramy. Żeby tam wystartować, każdy zawdonik drużyny musi zapłacić około 400zł. Drużyn jest kilkadziesiąt, pewnie około 100. Zajmujemy salę gimnastyczną na cały weekend. My gramy oczywiście dla funu, ale młodzieży tu raczej nie ma.
Kontrprzykładem jest klub UKS Jagiellonka Warszawa. Klub, który prowadzi sekcję pływacką i koszykarską. Celem jest umożliwienie uczniom trenowania oraz uczestniczenia w rozgrywkach innych niż szkolne. Czyli np. młody chłopak uczy się grać w kosza, a oprócz tego ma perspektywę i motywację, że jak będzie dobry i będzie ciężko trenował, to będzie mógł grać w oficjalnych polskich rozgrywkach i być może zrobi karierę. Klub ma swoją drużynę w 3 lidze, gdzie kończą najlepsi. Naprawdę super pomysł.
Tyle, że klub ma ciągłe kłopoty finansowe. Trenerzy zarabiają tyle ile mogliby dostać za rozdawanie ulotek, nie ma kasy na stroje. A wszystko dlatego, że głównym źródłem utrzymania klubu są składki od rodziców. A jak wiele można osiągnąć z pieniędzy od rodziców?
I pozwolę sobie pochwalić się, że my im pomogliśmy:
A gdzie jest miasto?
Oczekiwałbym właśnie takiego planu, który nawiązywałby do tych problemów, był perspektywiczny. Chwalenie się metrami kwadratowymi sal, gdzie po pracy grają w piłkę starsi panowie, niestety do sukcesów sportowych nas nie zaprowadzi.
I jeszcze taki mały komentarz, no nie mogę się powstrzymać. Ta cała kampania PO, z hasłem "Nie róbmy Polityki"... nie wiem, kto ją wymyślił :D Ale to przebija nawet kampanię prezydencją PIS, kiedy mówili, że Jarek to tak naprawdę nie Jarek. To tak, jakby lekarze mówili: Nie będziemy leczyć ludzi.
A już trzymając się Hanny, to na jej bilboardach jest błąd ortograficzny. Skróty pisane dużą literą pisze się bez kropek... Dokładnie tak samo jak NBP ;)