2010-01-31 18:53:07

Jak widzicie wrzuciłem nowy szablon. Zmiana następuje standardowo, co dwa lata. Ten chyba jest już czwarty. To nie jest gotowy skin, ale cały wyklepany od nowa. Dlatego załóżmy, że jest jeszcze w fazie testów. Jeśli komuś coś nie działa, albo coś jeszcze wyświetla się ze starego, to trzeba odświeżyć. A  jeśli dalej coś jest nie tak krzywo, jeno zachodzi na drugie, itp.), dajcie mi znać.

 

Oprócz odświeżenia samego wyglądu i linków - były od dwóch lat nietykane;) - wydłużyłem wszerz pole na tekst. Po pierwsze notki będą krótsze w dół. A po drugie zmieszczą się większe zdjęcia i filmiki.

 

Przez te mrozy zastopowałem szukanie  samochodu. Tyle, że jeśli mróz i zaspy mają być jeszcze przez cały luty, to chyba będę musiał wrócić do tematu. Ale ciężko, ciężko idzie. Bo mrozy to istotny czynnik, ale to chyba tylko pretekst. Po prostu zmęczyłem się już tematem. Ale na pewno jestem mądrzejszy niż miesiąc temu.

 

W weekend graliśmy turniej. Pierwszy mecz w plecy, drugi wygraliśmy, trzeci w plecy,czyli do domu. Była godzina 16, więc czym prędzej do domu, na końcówkę meczu z Chorwacją. Jak się ten mecz skończył, wiadomo. Ale… szczęście w nieszczęściu. Przewidziałem ten scenariusz i aby osłodzić gorycz po porażce, przed meczem postawiłem 100PLN na Chorwację. Przy okazji w tym samym zakładzie na Francję z Islandią. Wygrana razy 2.66, czyli 160 do przodu. Wypłaciłem natychmiast :) KLIK

 

A tak generalnie to dużo pracy i dużo obowiązków. W tygodniu napiszę więcej. Mam już szablon z głowy, więc mogę wykorzystać czas na pisanie.

2010-01-18 01:10:43
Byliśmy na Sherlocku Holmesie. Super. Takie połączenie kryminału ala Hercules Poirot, z filmem Snatch, elementami Matrixa, Bondem, Indianą Jonesem i Dr Housem. I najlepsze jest to, że efekt końcowy jest naprawdę niezły.
Sztuką samą w sobie jest kreacja Holmesa. Nie chcę opisywać, trzeba ją zobaczyć samemu. Ale na pewno nie jest to grzeczny dżentelmen, który chodzi w kraciastym płaszczu i wszystkim mówi Dzień Dobry:)
Ritchie zagrał va banque, bo już w pierwszej scenie, która jest mistrzowsko nakręcona, pokazał, że to nie będzie klasyka kryminału. Szczerze mówiąc, poszedłem na film po lekturze Psa Baskervilów i miałem obawy co do scen z mordobiciem i wybuchami. Ale to właśnie tu jest ten haczyk, który powoduje, że film ogląda się jednym tchem od pierwszej do ostatniej sceny.
Super zrobiony XIX wieczny Londyn. Fajnie, bo budowle, które dziś są ikonami Londynu, w filmie akurat są "under construction". I są np. zbudowane do połowy. Klimat niesamowity.
Ania, zaraz powie, że opinia jest przesadzona, bo ja zawsze za bardzo się egzaltuję. Może i tak, ale dodam tylko, że o filmach, którymi się nie egzaltuję, po prostu nie piszę:)

Do kina zaprosił nas Kolend i Asia. Po filmie, około 23.30 Bećce coś odbiło - wiadomo co;) - bezapelacyjnie zachciało jej się frytek z McDonalda. Żeby to było coś innego, to bym jednak złożył apelację, ale że nie jedliśmy nic od 17tej, sam byłem głodny, to mówię: idziemy.
Z tym McDonaldem to jest tak, że jadam kilka razy w roku. Zazwyczaj na wakacjach za granicą - jak szkoda kasy na normalny obiad, albo gdy jesteśmy w trasie. Na wakacjach zazwyczaj jesteśmy w trasie. Bećka nie jada prawie wcale. Chyba, że same frytki. Ale wtedy to jest hardcore, bo ja się jej pytam:
- Co ci zamówić?
- Nie mam pojęciazamów cokolwiek.
Potem zjada tylko frytki, a mi oddaje 2/3 kanapki. Więc 2/3 + moje menu, to jest dopiero SuperSizeMe! Lepiej chodzić tam samemu.
Czasem bywa tak, że mam ochotę i kupię McDonalda - jak np. ostatnią Wigilię, czasami mam ochotę, ale nie kupię - z obawy o zdrowie, a innym razem odpycha mnie jak tylko poczuję zapach.

Przed północą w McDonaldzie na Marszałkowskiej kolejki są jak na dworcu przed świętami. O miejscach siedzących można zapomnieć, nawet pozajmowane są wszystkie parapety. 
Więc stanąłem w kolejce za tymi frytkami, a tymczasem Kolend niespodziewanie wyjmuje z kieszeni talony. Asia się  nabijała, że to jego karteczki na obiad w Katowicach. Mieliśmy polewkę.


Po kilkunastu minutach czekania zamówiłem frytki i WieśMaca. Kolend też chciał, ale Asia go pilnuje. Biedak poczęstował się tylko frytkami. Udało nam się nawet znaleźć miejscówkę i tym sposobem sobotnie afterparty spędziliśmy w McDonaldzie. Ot, generacja X, dzieci kwiaty z NO LOGO na t-shircie. Apropos NO LOGO: KLIK
Ten rysunek to 100% prawdy. To właśnie tak działa. Książka jest naprawdę pierwszorzędna, otwiera oczy, pokazuje w jakim matrixie żyjemy. Zrobiła rewolucję w moim umyśle. Ale nie ukrywam, że wywołała też fascynację siłą marketingu i brandów.
To trochę jakby ktoś obejrzał Szeregowca Rayana i zamiast być przerażony wojną, to zainspirowany biegnie do sklepu kupić Medal of Honor na PlayStation, a potem z zacięciem strzela z automatu do Niemców bądź Aliantów.

Pętla na nowe auto się zacieśnia. Poszukiwania dobiegają końca. Tymczasem trochę mi głupio i żal, kiedy Kolend z dumą mówi: Ja póki co pocinam moim Peugotem (10 letni P107, co tydzień z Katowic do Wawy i z powrotem). Kolenda nie przebiłem, ale i tak długo wytrzymałem. Teraz załóżmy, że nie chcem, ale muszem. Moja Corsa towarzyszyła mi w najpiękniejszych latach życia. Dlatego jej nie sprzedam.
Dokładanie tak samo, jak kiedyś zastanawialiśmy się w fabryce, czy lepszy jest iPod, czy HTC. Tymczasem Irek wyjmuje swoją staaaarą (starszą niż Kolenda P107) Nokię cegłę i mówi:
- Panowie, ja nawet w moim telefonie nie odkryłem jeszcze wszystkich funkcji.
:))

Tymczasem moja nowa Nokia E71 uległa awarii:(( Całą radocha prysła w jednej chwili. Przestał działać główny przycisk. Na razie pomógł hard reset. Ale coś czuje, że zmora powróci. Więc już tak się nie cieszę.
2010-01-14 00:15:31
We wtorek odkleiła mi się podeszwa od butów. Pewnie przez ten śnieg. Wkurzyłem się, bo buty nowe, na gwarancji, ale tradycyjnie paragon już dawno zaginął w akcji. Po pracy pojechałem więc kupić kolejne. Chodziłem tak po sklepach z tą ledwo trzymającą się podeszwą;)
Myślałem, że będą puchy. Tymczasem dziesiątki facetów przymierzają buty. Polują na promocje? Nie! Patrząc na ich nogi wydedukowałem, że na zakupy przyszli ci, którzy mieli sprytny plan, by przechodzić zimę w wiosennych półbutach:D (Coś jak przejeździć zimę na letnich oponach) Sam tak zrobiłem w zeszłym roku. Ale te mrozy i wysokie śniegi skłoniły ich, by jednak późno, ale zakupić wysokie i ciepłe zimowe obuwie:)
Nie znoszę kupować butów, bo nigdy mi się nic nie podoba. Ci co przez kilka lat chodzili tylko w glanach mają taki problem. Ale znalazłem takie, które nawet wyjątkowo mi się podobają. Niestety pasują tylko do dżinsów. Do business casua;)l już nie.

Nikogo nie zaskoczę jak napiszę, że nasza spółdzielnia mieszkaniowa to kompletna porażka. Nie zaskoczę, ponieważ większość tego typu instytucji to nic nie robienie, minimalizm i żerowanie na kasie mieszkańców. Hehe - klik Płacę wcale nie taki niski czynsz - przy jednej zameldowanej osobie - ponad 500PLN. A tymczasem spółdzielnia oddelegowała do odśnieżania naszego podwórka tylko jedną osobę. Tą samą kobietę, która sprząta codziennie klatki i zamiata chodniki.
Kiedyś, na początku, często kłóciłem się z nią, bo czepiała się, że mały jeszcze wtedy Burek sika nie tam gdzie trzeba. Ale teraz jesteśmy już na uprzejme Dzień dobry. Jej rewir to prostokąt między blokami: około 100m x 80m + ulica i parking .
No rzesz k…, nie mają kasy żeby wynająć jakiegoś faceta na te ciężkie dni?! Co tam faceta... mają tyle kasy, że chcą sami nowe bloki budować, a nie kupili żadnego traktorka ze spychaczem. W te największe śniegi kobieta sama jedna zasuwa z łopatą i próbuje nadążyć.  Wcześniej jeszcze jakoś jej szło. Śniegu było mniej. Ale w ten weekend... wszyscy widzieliśmy jaka była pogoda.

W piątek wracam z pracy, jak zwykle późną porą - kobita odśnieża. W sobotę rano podchodzę do okna… zrobiła już ze 100 metrów.
Ubrałem się, zszedłem do niej i pytam:
- Pomóc pani?
Głupie pytanie ;) Ale ona automatycznie odpowiada, że nie. Mówi nie, a oczy mówią tak. No więc wziąłem tą łopatę i odśnieżam. Ona stanęła obok i co mówi?
Zaczyna się tłumaczyć, dlaczego mąż jej nie pomaga. Widocznie głupio jej za niego. Do głowy by mi nie przyszło, żeby zapytać, czy ma męża i w takim razie dlaczego jej nie pomaga. Ale ją to widocznie mierzi. Zwłaszcza w tej sytuacji. Pewnie jak wróci do domu, to mu nawrzuca. Więc wyprzedza moje myśli i z góry się tłumaczy. Mówi, że zajęty, że coś tam musi zrobić. Jest jeszcze syn i nawet w tamtym tygodniu jej pomógł, ale dziś niestety nie może.
Odśnieżyłem klatkę, kobieta się ośmieliła i zaczęła narzekać na swoją pracę, na spółdzielnię, na życie. Mówi, że nawet jej za te soboty i niedziele nie płacą. Ona po prostu ma dbać o to, żeby zawsze było odśnieżone. A w zamian, nie obetną jej pensji latem, kiedy będzie mniej ludzi, samochodów i śmieci na ulicy.
Skończyłem cały chodnik - ale to było może ze 30% całości, którą odśnieżyła sama. Potem jeszcze w niedzielę czułem to w rękach. Tymczasem śnieg zaczął padać znowu. I tak wkoło Macieju:( Oddałem łopatę, kobieta poszła się ogrzać, a ja wróciłem na górę. Popatrzyłem na ten chodnik z góry i … od razu widać gdzie odśnieżała ona, a gdzie ja. Ona dokładnie, do czarnego chodnika, a tam gdzie ja, to co prawda nie ma 10cm śniegu, ale jest jednak biało.
Nie o to chodzi, żebym stał się społecznikiem i ją z litości wyręczał w pracy. Sąsiedzi nawet widzieli całą tą akcję, ale jakoś do czynu społecznego nie natchnąłem nikogo. Nikt nie poszedł w moje ślady. Pewnie dali po 5zł na orkiestrę i stwierdzili, że na ten rok wystarczytego już czynu społecznego.
W niedzielę kobieta zasuwała sama.

PS. Kto nie kojarzy przesłania w tytule, odsyłam do google ;)
2010-01-08 02:02:48
Zrobiliśmy w końcu te podłogi. Nawet szybko to wszystko poszło. Panowie uwinęli się w półtora dnia. Teraz mój pokój, nawet z oknem bez zasłon i żaluzji, z tandeciarskimi meblami z Ikei (kupionymi kiedyś za pierwszą wypłatę) wygląda choć trochę jak u ludzi.

Podłoga

Majster z pomocnikiem okazali się OK. Jeden stary, drugi młody. Oczywiście nie jako fachowcy, bo taką podłogę to trudno spieprzyć, zrywanie starej to też nie jest nic kreatywnego, nie mogę więc oceniać, ale jako ludzie. Mili, uprzejmi. Miałem po coś pojechać, ale spieszyłem się na spotkanie, to oni mówią: "Dobra, sami pojedziemy". 
Trzeba też przyznać, że ryzykowaliśmy zostawiając ich na pół dnia samych w mieszkaniu. Nie znaliśmy ich wcześniej, a w domu jest kilka wartościowych rzeczy. Choćby mój Canon czy Bećki laptop. Beata wróciła pierwsza, oni akurat skończyli wszystko, co mieli do zrobienia pierwszego dnia i oglądali na TVN serial Majka.
Najwięcej stracił na tym pies. Póki nie kupimy żadnych chodników, musi znosić teraz twarde niewygody.

Z tym samochodem, to im więcej kombinuję, tym z dnia na dzień jestem coraz głupszy. Peter radzi mi zrobić przerwę. Coś czuję, że to się nie uda. Ale wiem, że w końcu wyjdę z tego chaosu. W kombinowaniu bardzo pomaga mi właśnie Peter oraz Wojtek. 

Chciałbym kiedyś zrozumieć, na czym polega ewidentne powiązanie kreatywności kulturowej z miejscem, gdzie żyje artysta. Jak to jest, że w Anglii co chwila pojawia się nowa rockowa kapela, która nagrywa jakiś hit, który brzmi świeżo? A u nas poza Myslovitzem (który nie zrobił kariery na świecie, bo jest z Polski) nikt nie umie skomponować nic oryginalnego i fajnego. Przecież i w PL jest cała masa takich kapel, które próbują, których muzycy pewnie w podobnym stopniu wychowali się na tej samej muzyce, co tamci. Ale naszym te wzorowanie się na Joy Division, Blur, Suade, Oasis, czy Radiohead jakoś nie wychodzi.
Dziś słuchałem cały dzień - jak akurat nie byłem na spotkaniach - The Big Pink. Świetni są. Niby styl taki sam jak reszta (Stereophonics!), ale jest właśnie ta subtelna świeżość, która powoduje, że chce się tego słuchać.
Ten numer leciał, jak Placebo zeszło ze sceny i na Torwarze zapalili światła. Bardzo fajnie mi się kojarzy.

Tak jest z wieloma kulturami muzycznymi. Np. Francja, tak zwany: French Touch w muzyce elektronicznej (Air, Daft Punk, Cassius) albo muzyka elektroniczna ze Skandynawii (puśćcie mi, poznam od razu, że to tamtejsza) i pewnie dziesiątki innych przykładów. W jednym kraju wielu artystów z sukcesem gra podobny gatunek, podobne brzmienie. A jak ktoś z innego kraju, kontynentu ich naśladuje, to albo się nie przebije, albo brzmi to wtórnie.
Wyjątek potwierdzający regułę: amerykański Interpol i brytyjski Editors, który przebił oryginał w tak zwanym indirocku. Choć z drugiej strony Anglia i Ameryka to prawie ten sam worek. Jestem natomiast pewien, że np. jeśli ktoś z Niemiec będzie chciał grać tak jak oni, to nie odniesie sukcesu. Dlaczego?

Dziś po noszeniu mebli, około 22 nie miałem już siły żeby wykonać ostatni krok w przywracaniu porządku i nie podłączyłem rutera. Nie było więc netu. Pod ręką był za to pilot TV i przypadkowo pierwszy raz w życiu obejrzałem Dr House. Fajny. 
2010-01-03 20:31:39
Najfajniejszy moment tego nowego roku, to jak dotychczas spacer po Kabatach.

   Tylko z dźwiękiem:

Na powyższym spacerze zgubiłem telefon. Stary, 3 letni grat, ale bardzo zależało mi na książce, którą kolekcjonuję od dawna (Ludzie się dzielą na tych co robią backupy i na tych, co będą robili;). Jak sobie pomyślę ile to byłoby zachodu z zastrzeganiem SIMa, zamawianiem nowej karty - z telefonem służbowym wszystko trwa dwa razy dłużej, z mówieniem wszystkim, w tym klientom, że tymczasowo numer mam inny. Dlatego zdecydowałem się wrócić i go szukać. Wiem, że bez sensu, bo zrobiliśmy ze cztery kilometry, a szansa na znalezienie prawie zerowa. Jakby wpadł w śnieg, to przed wiosną nikt go nie znajdzie, jeśli leżałby widoczny, to ktoś inny by go znalazł. Po godzinie szukania dałem sobie spokój.
Tymczasem okazało się, że telefon wpadł w ręce miłego pana, któremu całkiem szybko udało się szybko mnie namierzyć. Poszedłem, dałem mu mały prezent, odebrałem zgubę i wszystko szczęśliwie się skończyło.


Zbyt długie siedzenie w domu powoduje u mnie marazm. Wojtek chciał mnie wyciągnąć na górę Kamieńsk pod Bełchatowem. Niestety nie mam teraz sprzętu, spodni i tak jakoś się nie zdecydowałem. Nie zrobiłem dziś nic konkretnego, więc  jak mi Wojtek powiedział, że było super, to żałuję teraz.
Tymczasem Tomek wrócił z gór i mówi, że nie było śniegu!
W nadchodzącym tygodniu będziemy mieli w domu wymianę podłogi. Najpierw przenoszenie mebli, potem przyjdzie pan, który zerwie starą podłogę, zrobi wylewkę i położy nową. Cały czas nie jestem pewny, czy to dobry pomysł dawać komuś  panele do wyłożenia za 25PLN per metr. To przecież prosta i nawet przyjemna praca. Zwłaszcza jak ma się odpowiednią piłę. Problem w tym, że jeśli zleciłbym panu wyłącznie zrywanie starej podłogi i wylewkę, to zarobek spada mu o połowę i przestaje to być dla niego priorytet. Boje się, że poniżej 1000PLN takiemu majstrowi nie będzie się chciało tu w ogóle przychodzić.
Na razie przywiozłem do domu 24m2 paneli. Corsą - jednym transportem! Do teraz  nie wiem, jak to się udało, ale w końcu zarejestrowana jest jako ciężarowa :D
A jak już o samochodzie, to muszę kupić nowy. Znaczy nie nowy tylko używany. Ale kompletnie nie mam do tego serca. Powoli zmagam się z tematem i mimo, że to do mnie podobne, to nie chcę podjąć decyzji zbyt szybko. Zacząłem więc na razie pytać ludzi, czym się kierują przy wyborze samochodu. I każdy jeden mówi co innego.
Zawodnik A mówi, że wszystko jedno, byle by to była Mazda.
Zawodnik B, że koniecznie sprowadzany z zagranicy, bo taniej i lepiej (Czytałem ostatnio, że już niekoniecznie).
Zawodnik C , że najlepiej nowy, bo ma gwarancję i zniżkę przy ubezpieczeniu.
Zawodnik D, że Opel.
Zawodnik E wszystko tylko nie Opel. A u niego w rodzinie wszyscy mają Hondy.
Zawodnik F mówi: "A jaki inny znalazłbym z takim wyposażeniem?"
Zawodnik G, że jeśli chodzi bezawaryjność to najlepiej Octavia.
Zawodnik H daje mi numer do człowieka, co sprowadza BMW ze Stanów. Cóż, że 150 tys. przebiegu. Ale jaki komfort jazdy!
Zawodnik J poleca Lancera, bo jako jedyny z japońskich montowany jest w Azji.
Zawodnik K ma metodę, by kupować u dealerów dobrych marek. Bo tam ludzie, którzy nagle stali się bogatsi oddają swoje dotychczasowe nowe auta. Więc mniejsza szansa, że jakieś lewe. No i chyba ma trochę racji. Raczej nie kupię samochodu w małym komisie.
Zawodnik L mówi, że kupuje samochody, o których jego żona mówi: Ten mi się podoba. Ale dlaczego to ona już nie wie i Zawodnik J też nie wie.
A ja nie wiem nawet czy chcę benzynę, czy diesela. Nie zmieniałem wcześniej samochodu nie dlatego, że  nie chciałem/mogłem mieć lepszego, tylko dlatego właśnie, że nie chciałem przechodzić całego procesu zastanawiania się, wybierania, kupowania.
2009-12-30 01:00:22
czyli tania (nomen omen) sensacja.

Choroba mnie złapała. Spać mi się chce cały dzień, czuję się jakbym nie spał dwie noce. Mam nadzieję, że do jutra jakoś minie.

Wczoraj, jak już z samego rana stałem w butach, żeby wyjść z psem, wyjrzałem jeszcze przez okno. Powiedzmy, żeby upewnić się, czy nie pada. A tu naglę widzę : ogień, dym, na ulicy pali się autobus linii 306! Oprócz smyczy chwyciłem więc aparat i za chwilę byłem już na dole.  Zanim dobiegłem, okazało się, że strażacy byli szybsi i spotkałem ich już na miejscu. Niczym wprawiony paparazzi, bez skrępowania zrobiłem kilka zdjęć.

    

Do tej pory słyszałem tylko jakieś szczątkowe informacje na ten temat, ale wczoraj widziałem na własne oczy. Ten Solaris pali się  jakby był ze styropianu lub jakby go ktoś oblał benzyną. Szok.

Gdy dotarłem do fabryki, zgrałem zdjęcia na kompa i zdążyłem nawet pokazać je kolegom. O takich newsach zawsze piszą na TVN24.pl. Więc zaglądam i od razu widzę, że ktoś inny, z okna mojego bloku nagrał komórką krótki filmik. Do tego krótka notka: standard, że to już 14 autobus w Warszawie i że skandal, bo nic się z tym nie robi i cud, że jeszcze nikt nie spłonął.
A swoją drogą to rzeczywiście dziwne, że nic się z tym nie robi. Przy każdej okazji pracownicy firm przewozowych mówią, że będą kontrole, że zbadają stan, że się nie powtórzy. Tymczasem autobusy dalej palą się jak pochodnie. Mogliby to zbadać już nie ze względu na PR i opinię publiczną, ale z uwagi na koszty. Taki Solaris pewnie sporo kosztuje.
Chciałem zaraz wysłać im i moje zdjęcia. W końcu widać na nich więcej, niż na filmie kręconym komórką z sześćdziesięciu metrów. Ale widzę, że trzeba zaakceptować regulamin. A regulamin mówi, że wysyłając zdjęcia, filmy i teksty na platformę KontaktTVN24 nieodpłatnie przekazujesz stacji prawa do robienia z tymi materiałami co im się podoba. Zastanowiłem się nad tym chwilę i się wkurzyłem.
Platforma KontaktTVN24 to niby z zasady takie obywatelskie wiadomości. Tworzone przez społeczeństwo dla społeczeństwa. Tyle, że kasę bije na tym TVN. Wykorzystują ludzi, że Ci są na miejscu, szybsi od reporterów, dostarczają im gorące materiały i jeszcze wszystko chcą za darmo. 

Coś mi strzeliło do głowy, żeby wysłać zaczepną wiadomość do Super Expresu. "Mam fajne i dobrej jakości zdjęcia z akcji gaśniczej pożaru autobusu 306. W razie, gdy byliby Państwo zainteresowani, proszę o kontakt." 
Minął cały dzień, nic się w tym temacie nie działo i nawet już o tym zapomniałem. Tymczasem o godzinie 21.30 skończyłem rozmawiać z Peterem (gadaliśmy chyba ze 40 minut), patrzę - pięć nieodebranych połączeń. Nie trzeba było długo czekać, by telefon zadzwonił po raz szósty. Mówi facet, ale tonem tak pospiesznym, jakby za pięć minut miał skończyć się świat:
- Dzień dobry, ma  pan te zdjęcia? Niech pan szybko pokaże, nie mamy czasu!
Wysłałem mu pięć miniaturek. Po trzech minutach redaktor oddzwania, już jakby trochę spokojniejszy:
- Bierzemy zdjęcie numer cztery. 150 zł, może być?
- Może.
- To niech pan je szybko wyśle w większej rozdzielczości. Umowę wyślemy panu jutro, teraz nie ma na to czasu.
Oni tam naprawdę muszą wieczorami zapierdzielać. I deadline'y mają  nieprzekraczalne!
Przysłał mi dziś jakieś cztery dokumenty do podpisu i odesłania im. Formalności więcej niż przy rejestracji samochodu.
I nawet kupiłem dziś pierwszy (a może nie? ;) raz w życiu Super Ekspres. Choć nie będę udawał, że jak mam po ręką, to nie przeczytam;)


2009-12-24 17:11:44

Umordowałem się  tym łażeniem po sklepach. Nigdy więcej.Powtarzam co roku.

 

 


To do mnie pasuje. Tylko nie ze względu na pracę, od której nie mogę się oderwać - mogę - ale zewzględu na święta. Jakiś taki totalny dekadentyzm mnie opanował. W ogóle nic nie czuję. Ja nie wiem, co tobędzie, jak będę miał dzieci. Czego ja je nauczę?

 

Byłem dziś w McDonaldzie. Bećka od wczoraj jest u rodziców i pomaga lepić pierogi. Już wczoraj wieczorem zjadłem wszystko, co było w domu do zjedzenia. A dziś w południe wybrałem się  "na osiedle" kupić baterie i po coś tam jeszcze. O godzinie 13 wielu ludzi robiło jeszcze zakupy. Największa kolejka była jednak nie za karpiem, nie za lampkami na choinkę, a w McDonaldzie. Serio, zero wolnych miejsc, chłopaki i dziewczyny uwijali się jak w ukropie, żeby nadążyć.

Nietrudno było zgadnąć, że głodzony od rana jeden z drugim dał się matce namówić,że wyskoczy i kupi majonez, co go akurat zabrakło do sałatki. A tak naprawdę chodzi o to, żeby urwać się do Maca. Czy w Wigilię  to nie  o jedzenie przecież chodzi?

I tak patrzę nanich, przypomniało mi się, że sam jestem głodny, stanąłem więc w kolejce i ja.Przede mną rodzina z dwójką dzieci zamówiła cztery FishMac'i.

Wracając do domu dzwoniłem do Kolenda i opowiedziałem mu o tym Macu. Kolend mówi: 

- To jest bardzo dobry pomysł!

 I sam poszedł.

 

Mam dość składania życzeń. Złożyłem ich wczoraj w pracy ponad dwadzieścia. Takich pół służbowych, pół prywatnych. 

Zawsze jakieś podsumowanie roku, odrobina kurtuazji,spokojnych, z rodziną, bla bla bla..., a w nowym roku... Życzę już taśmowo. Niby każde inne, mogą być nawet oryginalne na zawołanie, ale jednak wszystkiena jedną nutę.

Ja tych wszystkichludzi bardzo lubię . Naprawdę uważam ,że mam szczęście, że z nimi pracuję, wdodatku w całkiem jak na służbowe warunki w bardzo miłej atmosferze. Tym niemniej nie czuję się szczery z tymi życzeniami. Żebym im miał życzyć udanego urlopu, powodzenia na egzaminie, gratulować potomstwa, to wtedy szczerze z głębi serca. Ale Wesołych Świąt, jakoś coraz trudniej mi przez gardło przechodzi.

 

Właśnie zadzwoniła Beata, żebym już przyjeżdżał. Mówi, że też ma już dość.

2009-12-14 19:38:14


Nic Wczoraj nie pisałem, bo pół nocy montowałem ten filmik.